Nie ma chyba zabiegu w medycynie estetycznej, wokół którego narosłoby tyle mitów. Czytam czasem opinie na forach albo wdaję się w dyskusję ze znajomymi kobietami, takie wiecie, z cyklu: "Chciałabym, ale się boję" i... łapię się za głowę. Skąd w nas takie uprzedzenie? Przeglądamy te pantofelki, pudelki i inne kozaczki, karmimy się karykaturalnymi zdjęciami celebrytek i dajemy sobie wmówić, że botoks to zło. Znam mnóstwo kobiet w moim wieku, które są przekonane, że trzydziestokilkulatka powinna trzymać się od tego zabiegu z daleka, bo za wcześnie, bo to nie dla niej. A kto tak powiedział? Moja Pani Doktor uświadomiła mi, że absolutnie nie ma dolnej granicy wieku dla stosowania toksyny botulinowej. Wręcz przeciwnie - lepiej działać zawczasu, póki jeszcze zmarszczki się nie utrwaliły. Przecież w medycynie estetycznej nie chodzi tylko o ratowanie, ale też o profilaktykę. Sama widzę u siebie subtelne efekty przy niskich dawkach preparatu, nikt zresztą nie poznaje, że cokolwiek sobie "robię", a robię. I mam małą satysfkację, że przechytrzam w ten sposób pierwsze oznaki starzenia, które przecież - nie oszukujmy się - są nieuchronne.  

Lęk przed bólem jestem już w stanie bardziej zrozumieć, sama miałam niezłego pietra, kiedy wybierałam się na ten zabieg po raz pierwszy - czytelnicy bloga pewnie pamiętają. Tymczasem dzisiaj, z perspektywy wielu zabiegów wykonywanych regularnie, mogę powiedzieć, że z toksynką botulinową naprawdę można się zaprzyjaźnić. To mniej więcej taki poziom bólu, jak ukłucie komara, z tą różnicą, że nic nas potem nie swędzi i nie piecze. Zasinienia? Opuchnięcia? Bardzo rzadko. A cały zabieg trwa krócej niż plombowanie zęba. Można skoczyć na niego między jedną randką a drugą, bez obaw, że twarz zmieni się nie do poznania i ukochany będzie skonsternowany. Żartuję sobie trochę, ale bawią mnie te posądzenia o to, że botoks równa się maska. Tymczasem doświadczony lekarz celuje nim tak naprawdę tylko w zbyt aktywne mięśnie mimiczne, które nam robią na czole pralkę, między brwiami lwią zmarszczkę i jeszcze inne niezbyt twarzowe "ozdobniki". Po zabiegu mięśnie te nadal zachowują elastyczność - czyli możemy marszczyć np. czoło, ale nie będziemy robić tego odruchowo i zbyt mocno. Dajemy w ten sposób odpocząć skórze, która może się w tym czasie regenerować.

Nie wiem, czy nienaturalnie wygładzone twarze to efekt nalegań pacjentek, które chcą tak właśnie wyglądać, bo lubią, czy zbyt dużych dawek aplikowanych w zbyt wielu miejscach decyzją lekarzy, ale nie dajmy się zwariować. Nic nam nie pęknie z naciągnięcia, będziemy mogły mrugać i śmiać się, jak zwykle, spokojnie. Aż do czasu, kiedy wróci nam pełna mimika twarzy, ta niepożądana, i znowu będziemy mogły się marszczyć do woli. Czy jesteśmy skazane na botoks już na wieki wieków? Wcale nie. Powodem ponawiania zabiegów jest raczej młodszy i bardziej promienny wygląd twarzy i związane z nim dobre samopoczucie, niż jakiś zewnętrzny, obiektywny nakaz. Ja na przykład zauważyłam, że jeśli za pomocą botoksu  mniej marszczę czoło, to po roku - nawet po wchłonięciu preparatu, moja skóra jest gładsza, niż gdybym go nie zastosowała. I wcale nie muszę biec na złamanie karku, już, teraz natychmiast, na kontynuację, z obawą, że mi się twarz "posypie". Nic się nie sypie, nie wierzcie w te bajki. Najlepiej, sprawdźcie na własnej skórze. A jeżeli wierzycie w jeszcze jeden mit, że medycyna estetyczna jest dla Was zbyt droga - Ordon Beauty Center bardzo skutecznie go obala swoimi promocjami.