Leżę. Leżę i czekam. Leżę, czekam i... wymiękam.
Dlaczego ja się, u licha, dałam skusić na ten botoks? 
Taaa, wiem, dlaczego. Spotkałam w pociągu do Warszawy znajomą ze szkoły, taką, co to się na nią wpada po latach i nie wiadomo, o czym gadać, bo właściwie to nigdy nam jakoś nie było po drodze. Tym razem jednak drogę miałyśmy wspólną, bite dwie godziny czterdzieści, aż do samej stolicy. Dość czasu, żeby z niechęcią zauważyć, że trzyma się, cholera! Spojrzałam nieopatrznie w pociągową szybę i ukazała mi całą nędzę mojego imidżu. Czoło poradlone, policzki to już się dawno poddały grawitacji i - jak to pięknie mówi moja przyjaciółka - niebezpiecznie migrują ku podłodze. No obraz nędzy i rozpaczy. "Nie, tak to nie będzie" - powiedziałam sobie w duchu - "nie będzie mnie tu żadna Kaśka w dół wpędzać swoim wyświeconym, gładkim, jak kolano, czołem!"
No więc leżę. 

Botoks - to brzmi... strasznie. Myślę: "botoks" i od razu widzę wszystkie ofiary pogoni za młodością, których krzywe uśmiechy z taką ochotą fotografują Pudelki i inne Kozaczki. A tak, czyta się, czyta do kawy w pracy, nie uwierzę, że nikt z was nie zagląda, co tam w szołbiznesie słychać. Ja zaglądam i żadną Renée albo naszą rodzimą Edzią być nie zamierzam. Boże broń! Ale, ale... może, gdyby tak spojrzeć od drugiej strony... Podobno mnóstwo celebrytek jest "zrobionych" świetnie, tych plotkarskie portale nie tropią, bo i po co. Nie uwierzylibyście, że w ogóle coś poprawiały, a że poprawiały - wiem na bank, ma się swoich informatorów. Nikt tym kobitkom nie daje tyle lat, ile rzeczywiście mają i to mnie ostatecznie przekonało, żeby do Pani Doktor jednak zadzwonić. 
No więc leżę. 

I wymiękam. No bo jak to brzmi: toksyna botulinowa. Czy coś, co się zwie toksyną, może być dobre i bezpieczne? Czytałam gdzieś, że botoks to jad kiełbasiany - a przecież tym się zatruć można! Pani Doktor uspokajała co prawda, że to nie ten jad z zepsutej żywności, ale otrzymywany w sterylnym laboratorium, ale kto ją tam wie? Mówiła też, że dawka toksyczna to 3000 jednostek, a na kurze łapki np. zużywa się 10 jednostek, to mnie trochę uspokoiło i sprawiło, że w ogóle tu jestem, ale im bliżej, tym bardziej mam ochotę jednak zwiać. A jak mi się rysy twarzy zmienią i nie poznam się w lustrze? Uśmiechnąć się nie będę mogła? Albo, co gorsza, powieki mi opadną i wyglądać będę cokolwiek karykaturalnie? Podobno bardzo rzadko zdarza się obniżenie brwi i po kilkunastu dniach, jak twierdzi Pani Doktor, wszystko wraca do normy, ale ja to zawsze z tych pechowych. Jeszcze mi twarz sparaliżuje albo skończę z wytrzeszczem oczu, na pochyłe drzewo to wszystko skacze. Nie wiem, nie wiem naprawdę, jakie licho mnie podkusiło... Musiała się ta Kaśka napatoczyć... O, igła, to już? JUŻ???!!!  

Przeżyłam. Nie zatrułam się, powieki mi nie opadły, oczy mi nie wyszły z twarzy, która to twarz nadal pozostała moją twarzą. Piękną twarzą! Edzia, jeśli kiedyś to przeczytasz, pamiętaj: nie ma doktorki lepszej od Ordonki, przyjeżdżaj do Chorzowa! Ha! - wartość dodana botoksu - dowcip mi się wyostrzył, śmieję się przy tym pełną gębą i nic mi nie sparaliżowało, uff! Na fali euforii zapytałam, czy by następnym razem nie można i ust, ale to nie ta bajka - usta powiększa się tylko i wyłącznie kwasem hialuronowym. No, to teraz spokój na kilka miesięcy, bo więcej, niż cztery razy do roku, tego zabiegu się nie robi. Teraz mi skóra odpocznie od ciągłego marszczenia 
i nawet, jak botoks działać przestanie, są duże szanse, że wyglądać będzie o niebo lepiej niż przed zabiegiem. 
Chyba zjazd klasowy jaki zorganizuję - niech zobaczą, że dla niektórych czas się zatrzymał.