Moja świętej pamięci Cioteczka Be nie ruszała się nigdzie bez wałków, choćby się waliło, paliło - fryz musiał być zrobiony. Śmiem przypuszczać, że nawijanie włosów służyło nie tylko urodzie - pokręcone stwarzały wrażenie gęściejszych niż były naprawdę. Czasem tylko, kiedy mocniej zaświeciło słońce albo, kiedy spojrzało się z góry, widać było - o zgrozo! - łyse prześwity. "Mnie to na szczęście nie grozi" - myślałam, potrząsając grzywą całkiem niezłą, jak na blondynkę o cienkich, delikatnych włosach.

A dziś? Dziś mi łyso i to tak na serio! Bo geny rodzinne wzięły i w końcu mnie dopadły. A może ta moja nerwowa nutka, bo stres mnie trzepie - nie powiem - dość często? Nie wiem, kiedy zaczęłam zauważać, że włosów, co zostają w wannie po myciu głowy to by starczyło na perukę - znacie to? Kiedy koński ogon zmienił się w mysi ogonek... I kiedy zobaczyłam na jakimś zdjęciu, że zakola mam większe niż facet, który siedzi obok - wtedy to już struchlałam! Linieję gorzej niż mój pies, tyle że jemu - w przeciwieństwie do mnie - łysina nie grozi.

"Bez walki to ja się nie poddam, co to to nie!" - powiedziałam sobie w duchu i przypuściłam zmasowany atak, sięgając na początku do metod babcinych. Było i wcieranie żółtek, był olej rycynowy, było siemię lniane, była nafta, płukanki z zielsk wszelakich, ale kiedy mnie w końcu facet rzucił, bo nie mógł znieść zapachu kozieradki w łóżku, dałam sobie z metodami naturalnymi spokój na wieki. 
Potem czas przyszedł na wędrówki po lekarzach i suplementację. Zapytajcie mnie o jakikolwiek tabsy przeciwko wypadaniu włosów - jestem chodzącą apteką, znam wszystkie. Przebadałam się również od stóp do głów, coby nie było, że się faszeruję bez potrzeby i do tematu niepoważnie podchodzę - żadnej jednoznacznej diagnozy nie postawiono. Tymczasem mnie łyso było coraz bardziej! A, byłabym zapomniała - przecież jeszcze oleje do włosów, o których się pół internetu rozpisuje, a po których ja wyglądałam jak zmokła kura i na tym się ich efekt kończył. Na picie drożdży święty by mnie nie namówił, a po pokrzywie włosy rosły mi bujnie... na nogach, a nie tam, gdzie chciałam najbardziej. 

To zapewne sprawa osobnicza, że się tak mądrze wypowiem - niewykluczone, że na kogoś innego wszystkie owe metody zadziałałyby z powodzeniem. Być może potrzeba również cierpliwości, która nigdy nie była moją mocną stroną, o czym Pani Doktor przekonuje się po każdym zabiegu. Mnie do łysiejącej głowy oczywiście nie przyszło, że lekarz od medycyny estetycznej może mi coś w tym względzie pomóc, no bo przecież peelingi, botoksy i inne takie nijak się mają do włosów? Oj, jednak blondi ze mnie do kwadratu! Bo - po pierwsze - Regeneris, a po drugie - mezoterapia głowy!

Regeneris - ten sam wspomniany już kiedyś wamiprzy lifting, który jest niczym innym, jak terapią osoczem bogatopłytkowym z własnej krwi. Pobrane z niej komórki i czynniki wzrostu pobudzają regenerację - na łysienie typu męskiego to działa bez pudła! No i jak się czymś pobudzać to najlepiej swoim własnym - bo tu przecież działają nasze własne czynniki wzrostu i komórki macierzyste. A te - tak sobie myślę - wiedzą, gdzie uderzyć
i czego nam najbardziej potrzeba.
A że atak zmasowany,, jak pisałam, najlepszy, dałam się namówić również na mezoterapię głowy. Ona z kolei pozwala dostarczyć bezpośrednio do skóry wyselekcjonowane aktywne składniki dokładnie tam, gdzie ich działanie jest najbardziej potrzebne. Mezokoktajle zamknięte w ampułkach - brzmią i wyglądają intrygująco - w tym tygodniu czeka mnie mój pierwszy, o efektach na pewno Wam napiszę! 
Tymczasem nie zaszkodzi podrasować się jeszcze zielonym koktajlem ze szpinaku, pietruszki i owoców, z kapką oleju lnianego, właśnie taki piję - Wasze zdrówko!