W marcu moja Pani Doktor była dla mnie jak mityczna Ariadna. Gdyby nie jej nić, w życiu bym z tego labiryntu zmarszczek nie wyszła. Nici w zasadzie. PDO w szczególności. Genialny wynalazek. Jakie to proste - syntetyczne włókno, które wprowadzane jest w głąb skóry i tam robi cuda. Taka nitka-niewidka. Unosi, podnosi, ujędrnia, stymuluje produkcję kolagenu, a kolagen to wielki przyjaciel młodości. 

Pani Doktor mówi, że ten zabieg jest coraz popularniejszy, świetnie sprawdza się już u 30-latek, które zauważają u siebie pierwsze objawy wiotczenia skóry, a nie chciałyby jeszcze stosować bardziej radykalnych środków. 

W przeciwieństwie do toksyny botulinowej, nici PDO nie relaksują mięśni mimicznych twarzy. 60-latki też widzą świetne efekty, kiedy nagle napina im się owal twarzy, spłycają się zmarszczki palacza i bruzdy marionetki, a dekolt pięknie się "prasuje". Pacjentki Pani Doktor często mówią, że chciałyby czegoś, czego efekt widoczny będzie od razu i co zadziała stosunkowo szybko, a jednocześnie nie będzie wymagało kolejnej wizyty za pół roku. Kiedy słyszą, że już po dwóch tygodniach od zabiegu z użyciem nici PDO rozpoczyna się synteza kolagenu, a finalny efekt odmłodzenia jest widoczny niedługo potem i utrzymuje się nawet do 2-3 lat, większość decyduje się od razu. Wisieńką na torcie jest bez wątpienia to, że to praktycznie bezbolesna metoda przywracania młodości. Blizn i nacięć musiałybyście szukać chyba w lustrze powiększającym, a i tak nie ma szans, żebyście jakieś zobaczyły. Niewielkie zaczerwienienia czy obrzęk znikają po kilku dniach. 

Kurze łapki, lwia bruzda, chomiki - ja już zdecydowałam się pogonić to zoo ze swojej twarzy. A Ty?