Ostatnio przyglądam się sobie w szybach. Przyjaciółki już się ze mnie śmieją, że jestem narcyzem. A ja bynajmniej nie z narcyzmu tak się sobie przyglądam. Wypatruję, tropię, badam. Czy to już. Halo, czy to starość? Znacie to?
Okna wystaw sklepowych, szyby samochodów, które mijacie, o lusterkach i lustrach wszelkich już nie wspominam, bo to oczywistość. Drzwi autobusu. Albo takie przymierzalnie - o tam to już w ogóle jak na przesłuchaniu, nic się nie ukryje w tych zwierciadłach. Ani jedna malutka zmarszczka. A jeśli zdarza Wam się, jak mnie, wystąpić czasem w telewizji - o ta to obnaża już bezwzględnie wszystko. Kamera nie zna litości. Wydobywa na światło dzienne całą przykrytą na co dzień prawdę. To ja mam takie kurze łapki? Usta, co się dzieje z moimi ustami? Zawsze mówiłam, że co jak co, ale nie będę miała takich, jak moja mama, kącików w dół. I co? I powoli, coraz mniej niepostrzeżenie, a wręcz przeciwnie, grawitacja daje znać o sobie. Lecą. No normalnie lecą w dół. Czyli wszystko puszcza, owal się zaczyna chwiać w posadach, ratunku!!! Jak ja rozumiem teraz te wszystkie gwiazdy, dlaczego one się tak poprawiają, ostrzykują, botoksują, one wiedzą od dawna to, co ja uświadomiłam sobie właśnie - to WSZYSTKO WIDAĆ. Jak raz zauważysz, będziesz już widzieć zawsze. Nie uciekniesz od tego. A jeśli widzę ja, to inni... też.


- Kochanie, weź no spojrzyj, bo mnie się zdaje, że mi tu kąciki opadają, jeszcze niedawno tak nie było...
- Eeee, zdaje ci się, wyglądasz pięknie.
- Jakie tam pięknie, przecież mam oczy! W kurzych łapkach co prawda, ale jeszcze widzę!
- Jak się będziesz tak złościć, to ci opadną do reszty.
Opadły to mi ręce na ten brak zrozumienia! Kąciki mi lecą. Aż On przestanie na mnie lecieć, jak to sobie w końcu uświadomi. Że ja już przestaję być pierwszej młodości. I co tu teraz robić? Przez tydzień załamka, a potem obmyślanie ratunku. A może, jak będę się więcej uśmiechać? Tak, to na pewno pomoże, wyćwiczę sobie te mięśnie i natychmiast pójdzie wszystko w górę. A może, jakbym tak udawała, że tego nie widzę? Taaa, to musiałabym nie być sobą chyba albo przestać nosić okulary. Hmmm, może te... koreańskie masaże twarzy, podobno, jak się regularnie stosuje, dzień w dzień... po trzech zapominam oczywiście, a poza tym boję się, że sobie tę skórę jeszcze mocniej ponaciągam. Wiem, naciągnę Lubego na krem, taki z wyższej półki, co to cuda działa podobno po miesiącu stosowania. Albo może wody, więcej wody, tak! Pić, pić, pić, skóra się uelastyczni i podciągnie wszystko w górę...


Nie no, zgłupiałam całkiem. Od kiedy ja wierzę w półśrodki? Prawda jest przecież taka, że przed 40-stką to już się nie odwróci samemu tego, co się posypało, poleciało w dół i pofałdowało. Kogo ja chcę oszukać? Miłość? Ona sprawia, że promieniejesz i kwitniesz i pewnych rzeczy nie widzisz ani Ty ani On, ale motylom kiedyś też opadają, nie usta co prawda, ale skrzydła, przychodzi szara rzeczywistość i już nie jesteś boginią. A wtedy musi się w Tobie obudzić miłość własna. Ona ci podpowie, co zrobić. Ja mam na to jedną radę - umówić się z botoksem.